After Mumbai is before Mumbai – to powiedzenie ukute przeze mnie po naszej pierwszej wizycie w Indiach u rodziny. Lecimy. Za kilka dni. Znowu. A ja mam rozkminy, szykuję się mentalnie równocześnie pakując walizkę… Posłuchasz? Zapraszam na nowy odcinek!

[Czas słuchania: 26 min]


Kliknij, aby przeczytać transkrypcję.

Zostaw komentarz

Zasubskrybuj zalataną, aby nie przeleciał Ci żaden odcinek na:

🎧 Spotify: https://spoti.fi/2mZ1z6A
🎧 Google Podcasts:
🎧 Apple Podcasts: https://apple.co/2lv0gfh
🎧 TuneIn:
🎧 YouTube:

Transkrypcja odcinka:

After Mumbai is before Mumbai – to powiedzenie ukute przeze mnie po naszej pierwszej wizycie u rodziny w Indiach.  Tak to wygląda. Wydaje mi się, że dopiero co wróciliśmy, a znów pakujemy walizki. W piątek wylatujemy i ten odcinek mojego podcastu będzie właśnie o moich przygotowaniach do wyjazdu do Indii — tych w walizce, ale również tych w głowie oraz o tym, że czego pomimo wielokrotnej wizyty w Indiach nadal nie potrafię pojąć i chyba już nie próbuję. Zapraszam.

Cześć. Tu Zalatana. Co tydzień opowiem Ci o tym, co mi się przytrafiło; co mnie zirytowało lub zachwyciło; o życiu na emigracji, o rodzicielstwie, o naszych podróżach i o próbach bycia eko. Zapraszam!

Do Indii latamy co roku. Do Mumbaju latamy co roku. Dlaczego? Bo mamy tam rodzinę. Mój mąż ma tam ojca, a Soraiya dziadka. Pamiętam, jak pierwszy raz wracaliśmy z Indii od rodziny i to było jeszcze zanim Soraiya się urodziła; to było po naszym ślubie. Poleciliśmy, żeby Bolo oficjalnie mnie przedstawił i wzięliśmy tam ślub, o którym też muszę nagrać odcinek, bo to było wyjątkowe przeżycie. W każdym razie pamiętam jak wtedy wsiedliśmy do samolotu, wystartowaliśmy w kierunku domu, Bolo złapał mnie za rękę i powiedział: „Daliśmy radę, kwiatku”. No bo tak, każdy tak samo myśli i ma te same odczucia, gdy wraca od rodziny do domu, prawda czy nie? Myślę, że tak. Bo choć kochamy naszych bliskich i lubimy z nimi być, to jest to dalekie od wyjazdu na plażę pod palmami, gdzie wszystko jest zależne od nas i nic nie musimy. 

Pierwszy raz w Indiach byliśmy z Bolem incognito w Kalkucie i w Delhi. Polecieliśmy tam na ślub naszych przyjaciół. Wtedy jeszcze było za wcześnie, żeby przedstawił mnie swojej rodzinie. Drugi raz polecieliśmy już na nasz wspomniany ślub. Ostatnie dwa razy byliśmy w Indiach z Soraiyą. Teraz będzie to jej trzeci raz. Moja czwarta wizyta u rodziny. Co planowaliśmy nauczeni doświadczeniem? Planowaliśmy, że spędzimy z rodziną dwa tygodnie, w zasadzie 10 dni — to był taki plan. Myśleliśmy, że chyba dobrze nam to zrobi… Bo dlaczego tam lecimy? Po to, żeby spędzić czas z bliskimi. Jeśli więc słuchałaś mojej pierwszej relacji z Indii, która była na bieżąco nagrywana — w zasadzie praktycznie codziennie — to dobrze wiesz, że tak naprawdę (chociaż mam nadzieję, że te odcinki nie były nudne) to czasami po prostu nie dzieje się nic i siedzimy całymi dniami po prostu z naszymi bliskimi i spędzamy z nimi czas, na jedzeniu jeszcze — często. Żeby mieć trochę odskoczni i żeby zrobić coś innego, to postanowiliśmy, że może dobrym pomysłem będzie wypad naszej trójki, ale w trakcie tej wizyty, czyli po prostu żeby rozłożyć to wszystko na pół: być tydzień z rodziną, później gdzieś sobie wyjechać na 4 czy 5 dni i później znów wrócić jeszcze raz do naszej rodziny, że oni to zrozumieją. Wiesz jak to jest, gdy przelatujesz pół świata, raz na rok, to oni oczekują, że po to przylatujesz, żeby z nimi siedzieć, więc po co miałbyś chcieć spędzać ten czas samemu, skoro jesteś tu z rodziną. Już to rozumiem. Ale oni też nauczyli się tego, że potrzebujemy troszkę czasu spędzić samemu. W ogóle przypomina mi się taka opowieść z książki Shantaram, która jest bardzo fajna. Rzecz dzieje się w Mumbaju; jest tam koleś, który to opisuje. Jest taka krótka scenka, kiedy on gościł kogoś w domu i miejsce do spania ma wyznaczone na dachu tego domu i on tam idzie szczęśliwy, że pobędzie chwilę sam. Natomiast ku zdziwieniu swojemu okazuje się, że jeden z domowników postanawia dołączyć do niego na tym dachu, żeby po prostu dotrzymać mu towarzystwa, bo byłoby to niegrzeczne ze strony rodziny, żeby zostawić go samego, bo na pewno poczułby się samotny. Widać tu zupełnie inne postrzeganie potrzeb. Tak, społeczność i bycie razem to jest coś, co jest bardzo ważne. Myślę, że w krajach Wschodu generalnie rodzina i bycie częścią jakiejś większej społeczności. A potrzeby indywidualne schodzą na dalszy plan. Nie to, że ich nie ma, ale po prostu są mniej ważne. Jeśli wychowuje się w takiej kulturze, to też patrzysz na innych w ten sposób. Trudno jest zrozumieć, że ktoś chce być sam na przykład. To dziwne. 

Jakie mieliśmy plany? Żeby trochę posiedzieć z rodziną, a później zrobić sobie przewietrzenie mózgu i wszystkiego i po prostu wyjechać gdzieś na kilka dni. Bolo znalazł fantastyczne miejsce. Najpierw w ogóle zastanawialiśmy się, dokąd chcemy wyjechać. Wybór padł na to, żeby wyjechać w ogóle z miasta, żeby to nie było kolejne miasto. Chociaż kocham miasto, to jednak po ostatnim pobycie w Indiach byłam po prostu przebodźcowana na wszystkie możliwe sposoby. Tam wszystkiego jest w nadmiarze do kwadratu, a może nawet do sześcianu. Nawet dla mnie, osoby energicznej i lubiącej, kiedy wokół dużo się dzieje, byłoby to zdecydowanie za dużo. Stwierdziłam, że może nie chcę koniecznie jechać do kolejnego miasta, tylko Bolo wymyślił, że pojedziemy bardziej na północ, w miejsce nazywające się Hill Station, czyli góry. Jeszcze nie takie skaliste i śnieżne, tylko tam, gdzie klimat jest trochę łagodniejszy, choć nadal bardzo ciepły. Tam, gdzie są pola herbaciane. Ja na sam pomysł, że będę miała gdzie rozprostować oko, że będzie zieleń, że będzie mniej ludzi, że będzie mniej hałasu, stwierdziłam, że to jest świetny pomysł i jedźmy tam. Bolo znalazł genialny hotel, który jest połączeniem luksusowego hotelu z fermą zwierząt. Tam były konie, owce. Dla dzieci to raj. Stwierdziłam, że to jest coś wspaniałego i tak, jedziemy. Ale nie wzięłam jednej rzeczy pod uwagę. Gdy przyszło do planowania wyjazdu tam, to oczywiście zaczęliśmy rozmawiać i stwierdziliśmy, że polecimy tam, ale żeby dojechać do tego hotelu z lotniska, to jest 3 godziny jazdy samochodem. Samochodem w Indiach i w górach. Jak sobie to wyobraziłam — jazdę z Soraiyą zygzakiem w górę, przez 3 godziny, bez fotelika i przypomniałam sobie, jak jechaliśmy całkiem niedawno, chyba rok temu, gdy znajomi zabrali nas pod Barceloną do Sitges. Zamiast pojechać autostradą, to pojechaliśmy malowniczą trasą, właśnie tymi zygzakami troszkę w górę i w dół, i musieliśmy zrobić przystanek w międzyczasie, bo myślałam, że zwymiotuję, a Soraiya też już mówiła, że jest jej niedobrze. Jak sobie zestawiłam to doświadczenie z tym wjazdem przez 3 godziny w górach w Indiach, gdzie może nie będzie nawet takich miejsc, gdzie można by było się na tej drodze zatrzymać, to mi się zrobiło trochę słabo. To nie jest tak, że zajmiesz czymś Soraiyę, puszczając jej YouTube. Po pierwsze tam nie będzie zasięgu, a po drugie to też nie pomaga — patrzenie w dół na ekran. No nie! Mnie zrobiło się słabo i stwierdziliśmy, że to nie są jakieś mega trudy podróży, ale po co nam to wszystko. Fajne miejsce, super, zapisujemy sobie je za rok, za dwa lata, kiedy Soraiya będzie już miała więcej lat i kiedy nie będzie trzeba jej zabawiać przez trzy godziny jazdy samochodem. Kiedy zrozumie też, po co jedziemy i dokąd. Ogólnie na pewno tak, ale nie teraz. To było pierwsze plany, które się już nie ziszczą.

Co postanowiliśmy w związku z tym? Postanowiliśmy, że trudno — będziemy te całe dwa tygodnie u rodziny, jakoś wytrzymamy. Jest fajnie, ale bywa też ciężko. Zresztą, na pewno sobie zrobimy taki dzień czy dwa wypadu, może pół dnia do południa czy popołudniu, gdzie będziemy zupełne sami, pójdziemy sobie na śniadanko, zobaczymy troszkę miasta, pójdziemy na zakupy. To jest zawsze w planach i zawsze damy radę się trochę wyautować. Stanęło w końcu na tym, że przez dwa tygodnie będziemy u rodziny, a później polecimy do Chennai, nad morze, do luksusowego hotelu, gdzie po prostu będziemy. Chociaż uważam, że gdy jedzie się taki kawał, leci się do takiego kraju jak Indie, żeby lecieć na plażę i leżeć nad plażę, to chyba są lepsze takie typowo plażowe miejsca. Natomiast myślę sobie, że Indii nie odwiedza się po to, żeby leżeć na plaży. U nas skończyło się tak, że właśnie będziemy leżeć na tej plaży. A wynika to z tego, że Bolo poleci tam do pracy na cały tydzień do biura, a my z Soraiyą w tym hotelu będziemy się taplać. Były plany, że może wrócimy same. W każdym razie nie będę już Was zanudzać, jak powstały nasze plany. Koniec końców jest taki, że będziemy cały dzień na relaksie w hotelu w Chennai i nad morzem i będzie super — tak planuję przynajmniej. Ale żeby nie było tak wesoło, to stwierdziliśmy, że zrobimy sobie jeszcze weselej i weekend pomiędzy tymi dwoma tygodniami, gdzie będziemy w Mumbaju u rodziny, weźmiemy młodszą część rodziny i pojedziemy sobie gdzieś na weekend. Dokąd? Tego jeszcze nie wiemy. Stwierdziłam, że to jest genialny pomysł, ale te odległości tam… Kiedyś miałam więcej takiego spontanu. Jak sobie przypomnę, jak w Indonezji podróżowaliśmy dawno temu, w jakich warunkach i jakim autobusem — z dziurami w podłodze, zakrywanymi workami z ryżem; i gdy spędzaliśmy całą noc na poboczu z ludźmi z tego autobusu, bo on się po prostu zepsuł i nie wiadomo było, kiedy zostanie naprawiony, to w ogóle nie wspominam tego źle. Było we mnie więcej chęci i otwartości na takie przygody. Natomiast w tej chwili zauważyłam, że odkąd stałam się matką, to stałam się control freakiem. Jeśli można, to ja chętnie bym wszystko zaplanowała: chętnie bym wiedziała dokładnie, co zjemy na obiad którego dnia; jakie będą warunki, co trzeba zabrać ze sobą. Wszystko. Dlaczego to mówię? Bo jedziemy na ten weekend gdzieś z młodzieżą, że tak powiem. Już wiemy, że pojedziemy dwoma samochodami i będzie nas 11 osób. Oczywiście wiecie, że tam nikt nie słyszał o fotelikach samochodowych, ale przynajmniej nie będziemy jeździć po górach. Żeby pojechać gdzieś w Indiach, wyjechać w ogóle z Mumbaju, to jest przynajmniej 3-5 godzin jazdy, więc muszę się nastawić mentalnie na pięć godzin jazdy przepełnionym samochodem; nie wiem, w jakich warunkach. Trzymajcie mnie! Powiem Wam, że moja pierwsza reakcja musiała być trochę przykra dla Bola, bo on bardzo lubi sprawiać mi przyjemność i zrobić tak, żebym ja była zadowolona. Naprawdę się gimnastykuje, bo jedziemy do jego rodziny i chce, żeby wszystko wypadło jak najlepiej. To wiadomo. Jak już klepnęłam jakiś pomysł, typu: „Wyjedźmy gdzieś z młodzieżą na weekend!”, to okazuje się, że znowu jest coś nie tak. Ale cóż, nie mam na to wpływu i to mnie boli, że nie mam na to wpływu, w jakich warunkach pojedziemy i jak długo, dokąd, i tak dalej. Czy Wy macie tak samo? Czy musicie też tak wszystko planować? Wydaje mi się, że to jest u mnie trochę chorobliwe. W każdym razie muszę nastawić się na różne nieciekawe rzeczy. Może będzie fajnie, super. Będzie super! To tyle jeśli chodzi o moje przygotowanie mentalne. 

Co do przygotowań fizycznych, czyli pakowanie walizki. Powiem Wam, że uwielbiam pakować walizkę na lato, gdy u nas jest jeszcze zimno. A to z tego względu, że po pierwsze nie noszę tych ciuchów, które pakuję, więc mogę spakować się już teraz. To jest naprawdę super! Po drugie, te ciuchy są tak leciutkie i tak mało miejsca zajmują. To jest naprawdę fajne. W naszym wypadku jest tak, że Soraiya rośnie jak szalona i nie ma zbyt wiele ciuchów — właśnie dlatego, że rośnie szybko i nie widzę sensu kupowania tony ciuchów, których później nie założy ani razu. U nas letnie rzeczy na szczęście są noszone przez okrągły rok, bo latem jesteśmy tutaj, później zimą na wyjeździe wakacyjnym naszym albo jedziemy do Indii. Ale i tak muszę znowu poprzymierzać, czy nie wyrosła z tych spodni, trochę pokupowałam jej t-shirtów. Staram się kupować jej używane rzeczy, ale nie zawsze jest to możliwe, szczególnie jeśli szybko muszę skompletować garderobę na wyjazd, jakiś kapelusz, i musimy spakować te rzeczy na basen, nad morze. To jest naprawdę fajne. To samo dotyczy moich ciuchów — lubię się tak pakować, kiedy mogę już wszystko spakować, dorzucić tylko kosmetyczkę. 

Lecimy o szóstej rano. Ja nie lubię… Ale co zrobić. Dziecko śpiące zapakuję w nosidło, już w piżamie, i w plecaku będą ciuchy do przebrania. Tak myślę. W ogóle nauczyłam się też z czasem i doświadczeniem częstych podróży i z rosnącym dzieckiem, że nie ma się czego bać, jeśli chodzi o niespakowanie jakiejś rzeczy. Coraz mniej boje się tego, że czegoś zapomnę. Czego ja mogę zapomnieć? Ładowarki do telefonu? Przecież wszystko wszędzie jest. Przecież to też jest świat, w którym są otwarte sklepy, również w niedziele. To jest miejsce, gdzie są apteki. To jest miasto w końcu. Czego ja tam nie dostanę? Kaszy manny może, ale po co mi ta kasza manna. Teraz jest mi to niepotrzebne. Kiedyś, jak Soraiya była mała, to zabierałam tam jakieś kaszki, jakieś jej przekąski; batoniki tylko owocowe, żeby nie były z cukrem; a teraz nie ma co się oszukiwać — jest po prostu coraz łatwiej. Z drugiej strony myślę sobie właśnie też, czy to nie jest takie moje przyzwyczajenie do tego, że wylatujemy często, że właśnie jest łatwiej wtedy, gdy czegoś ważnego się zapomni, bo ta rutyna się wkrada. Ale z drugiej mój tata zawsze mówi, że ważne żeby na każdy wyjazd pamiętać o paszporcie oraz majtkach do kąpieli. I czil. Resztę można kupić. Jak jeszcze się przygotowujemy na wyjazd? Podaję Soraiyi probiotyk. Sama zapomniała o tym, że też chciałam brać. Tym razem, ponieważ jedziemy, gdy Soraiya jest już odpieluchowana, to korzystamy z toalet i — nauczeni okropnym doświadczeniem z Malezji — zabieramy dużo tronów jednorazowych, tych nocników takich, i te takie odkażające chusteczki do rąk, i tak dalej. Bo jednak można uczyć dziecko, żeby nic nie dotykało, ono to rozumie i słyszy, ale wiemy… To jest główna rzecz. Oczywiście jak zwykle nie jemy jakichś podejrzanych rzeczy, chociaż na ulicach bardzo chętnie, również w Indiach — do czego zachęcam, ale może nie od razu rzucać się na takie rzeczy tam, może nie na wszystkie. 

Są też rzeczy, które zabieramy ze sobą do Indii dla naszej rodziny. Zabieramy różne prezenty. Co można zabrać do Indii, czego nie mają tam, a co mamy tu? Najczęściej są to słodycze. Słodycze takich, których oni nie mają tam. To samo przywozimy z powrotem. Przywozimy ich słodycze z powrotem tutaj do nas. Bo to jest zupełnie inny kaliber słodyczy. Mogą nam te nasze rzeczy tutaj smakować bądź nie, są po prostu inne. Do tego dochodzi fakt, że tata Bola mnóstwo czasu w swoim życiu spędził w Niemczech, więc ma sentyment do niektórych produktów stąd — z Europy, z Niemiec. Wieziemy więc bardzo dużo różnego rodzaju słodyczy. Zażyczyli sobie również serki Philadelphia. Wieziemy też ciuchy jako prezenty dla dzieciaków tam. Najczęściej wieziemy ciuchy, sukienki, t-shirty. Staram się wybierać takie marki, których nie mają u siebie. Mają marki takiej jak: ZARA, HM. Są tam sieciówki, chociaż pewnie droższe niż u nas, ale są. Chociaż pewnie szyte u nich — to jest niebywałe. 

Tym razem kupiłam w tej brytyjskiej firmie „Next” dla chłopaków po t-shirtach z fajnymi nadrukami. Dla dziewczyn fajne sukienki, takie jeansowe, z różnymi aplikacji. Dla jednej dziewczynki, która jest w wieku Soraiyi, przywozimy kurtkę zimową i buty, dlatego że oni w marcu lecą do Nowego Jorku czy w ogóle do Stanów i mówią, że będą mieli zimę i żebyśmy im przywieźli zimowe ciuchy. Dobrze, że Bolo od razu się zapytał na jaką zimę, o jakich temperaturach mówimy, czy -5°C. Ona mówi, że będzie może jeden dzień czy dwa, kiedy będzie minus jeden czy minus dwa, ale z reguły to będzie tak około 10-20°C, ale dla nas to jest zimno. No tak. Ja pamiętam, jak we Wrocławiu pracowałam z Hindusami i jak oni często relacjonowali u siebie w domach, jak to jest w tej Polsce, czy tam nie jest za zimno. Oni mówili, że ta biała zima to jest strasznie zimna, ale ta zielona zima może być. O „zielonej zimie” mówili na nasze lato. Tak że im, gdy jest 10-20 stopni, to jest bardzo zimno i wieziemy dla Marii zimową kurtkę oraz zimowe buty. Wiadomo, że oni u siebie owszem, kupią je, ale bardzo drogie albo bardzo kiepskie. Tak że takie mamy prezenty.

Czego ja tutaj nie rozumiem? W ciuchach rozumiem wszystko super, ale z tymi słodyczami to jest po prostu taka jazda. Ja pamiętam, jak Bolo wprowadził mnie w to. W ogóle wieźliśmy pół walizki i to były te cukierki. On mi jeszcze tłumaczył, że to muszą być takie rzeczy, które są podzielne. Najlepiej kupować takie duże torby na przykład osobno zapakowanych cukierków czekoladowych czy innych, bo to jest podzielne. Bo później jest jakiś algorytm w głowie taty Bola i cioci i wszystkich innych na to dzielenie On też do końca tego nie pojmuje, chociaż próbował. Ja się temu raz przeglądałam i teraz robienie zakupów to jest wieczna próba odgadnięcia tego, jak zostanie to podzielone i czy dobrą ilość kupiliśmy. Teraz Bolo stwierdził, że sam to popakuje, żeby później tego cyrku nie przeżywać. Mam sześć domostw naszej najbliższej rodziny i dla każdej musi być dokładnie to samo i w tej samej ilości. Albo w sumie musi być po równo albo sprawiedliwe. I raz jest tak, a raz jest tak. Bo jak dostaną ci, a tamci nie dostaną, to ci się obrażą. A jak wszyscy dostaną po równo, to się obrażą, że będzie niesprawiedliwie. A jak dostaną sprawiedliwie, to się obrażą, że nie będzie po równo. Jeszcze są jacy ludzi out off family, jacyś sąsiedzi, znajomi, ważni i mniej ważni i bardziej ważni ludzie dla naszej rodziny, czytaj: dla mojego teścia, i tam też musi oczywiście coś skapnąć, bo przyjechał syn z Europy, więc pewnie coś przywiózł i nam też coś skapnie; a jak nie skapnie, to źle. 

Obiecuję Wam, że zaraz zrobię zdjęcie i wrzucę, bo Bolo próbował podzielić to wszystko jakoś po tych rodzinach i ja wam zrobię zdjęcie, ile tego jest i jak to wygląda, i wstawię na Instagram. W ogóle chciałam Was zachęcić, żebyście zaglądali na moje Instastory, Instagram, również na Facebooka, bo tam będę wrzucała właśnie zdjęcia. Nie wiem, kiedy nagram odcinek hinduski z relacji — czy to będzie po powrocie, czy w trakcie. Myślę, że będę nagrywać w trakcie. Natomiast nie obiecuję, że odcinek jako taki złożę i wrzucę w Sieć, jeszcze będąc w Indiach, dlatego że nie chciałabym, żeby te odcinki były takie jak te w zeszłym roku, czyli jakieś takie relacje z dnia na dzień. Chciałabym Wam poopowiadać tak troszkę tematycznie i również o tym, gdy wydarzy się coś fajnego i ciekawego dla Was. I wtedy Wam troszkę poopowiadam. Natomiast myślę, że takie migawki z Indii będę wrzucać w relacje na żywo z Indii na Instagrama i Faceboka. Pewnie je tam przypnę w Instagramie do innych relacji, żeby one nie zniknęły po 24 godzinach, więc będzie można tam zaglądać też później. Natomiast zachęcam serdecznie, bo na to na pewno znajdę czas. Na nagrywanie pewnie też. Nie wiem do końca, czy uda mi się poskładać odcinki hinduskie i je wrzucić w Internet również stamtąd. To, co postaram się zrobić, to oczywiście nadal być obecną co tydzień z odcinkami, które jeszcze zamierzam nagrać do naszego wyjazdu. Tak że stay tuned! 

Mam nadzieję, że trzymacie za mnie kciuki i za nasz wyjazd. Mam nadzieję, że znowu będzie tak, że Bolo, wylatując, powie do mnie: „Daliśmy radę, kwiatku!” i znów będziemy się szykować do kolejnego wyjazdu do Mumbaju. Tak że trzymajcie za mnie kciuki. Dziękuję, że jesteście i że słuchacie; a ja idę się pakować dalej. Buziaki serdeczne. Pa, pa!

Zostaw komentarz